
...a kiedy w kasie forsa, to sukces pierwsza klasa. Tak śpiewała Maryla Rodowicz i słowa te doskonale oddają klimat jaki towarzyszy ostatnim wydarzeniom związanym z zapowiedzią startów Grigorija Łaguty w Lublinie.
Wieść ta rozpaliła skrajne emocje. Kibice lubelscy są w euforii. Co czują sympatycy Rybnika nietrudno się domyślić. Zanim wyrażę swoją opinię pozwolę sobie cofnąć się wiele lat wstecz.
Jest rok 1992. Polski żużel po opadnięciu żelaznej kurtyny otworzył się na świat. Wielkie żużlowe gwiazdy z zaciekawieniem spoglądały w naszym kierunku i nie tyle w kontekście polskiego krajobrazu co pieniędzy, które mogły wtedy dostać za swoją jazdę w kraju nad Wisłą.
Porażką zakończył się kontrakt Jana O. Pedersena. Duńczyk za moim udziałem miał uzgodniony kontrakt na starty w Gorzowie. Umówiliśmy się na spotkanie w celu jego podpisania ale obie strony zapomniały przynieść uzgodniony w języku polskim i angielskim tekst kontraktu. Po wypiciu kawy umówiliśmy się na kolejne spotkanie. Do finalizacji kontraktu nigdy jednak nie doszło, bowiem w międzyczasie Jan Osvald Pedersen skuszony został obietnicą ogromnych jak na owe czasy pieniędzy do Rybnika.
To fragment wywiadu Jerzego Kaczmarka udzielonego niegdyś SPEEDWAY.info.pl. Jan O. Pedersen był wówczas jedną z najjaśniejszych gwiazd na żużlowym firmamencie. W roku 1991 zdobył w Göteborgu tytuł Indywidualnego Mistrza Świata. Na swoim koncie miał też dwa tytuły mistrza Danii (1988, 1991), Drużynowe Mistrzostwo Świata (1986, 1987, 1988, 1991), Mistrzostwo Świata Par (1990, 1991).
W latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku nowobogaccy biznesmeni roztaczali wokół siebie i przejmowanych klubów aureolę bogactwa. Niemożliwe nie istniało. Prywatne samoloty latały po żużlowe gwiazdy, organizowano towarzyskie zawody z bajońskimi nagrodami, windowano stawki za sam podpis pod kontraktem. Cytowany przypadek Jana O. Pedersena nie był odosobnionym. Zagraniczni żużlowcy zarabiali krocie ale nikt nie przejmował się co będzie potem. Było przecież pięknie.
Od początku otwarcia żużlowego rynku mamy do czynienia z zarabianiem na żużlu. Pojęcie przywiązania do barw klubowych w przypadku zwłaszcza zawodników z zagranicy jak wykazałem było i jest nadal czystą fikcją. Oni do nas przyjeżdżają zarabiać! Jest tylko kwestią sumy kiedy wszelkie płomienne wyznania przywiązania do klubów, kibiców i prezesów zmieniają adresatów. Taka jest brutalna prawda i pojedyncze przypadki innych zachowań tego nie zmieniają. Jedynym potwierdzeniem startu jest podpis na kontrakcie.
Śmieszą mnie moralizatorskie wynurzenia tak jakby nagle wydarzyło się coś niezwykłego, wyjątkowego. Nic takiego się nie stało. Wielokrotnie w przeszłości takie zachowania miały miejsce i śmiem twierdzić, że będą zdarzały się nadal. Wdzięczność, zaufanie, honor, słowo… To nie ta płaszczyzna. Ubolewam nad tym ale powiedzenie Pecunia non olet doskonale określa tego typu zachowania.
Od wieków nic w tej materii się nie zmieniło.

