W Warszawie na Stadionie Narodowym rozpoczął się tegoroczny cykl Speedway Grand Prix wyłaniający Indywidualnego Mistrza Świata A.D. 2018. Inauguracja była okazała i widowiskowa aczkolwiek pod względem sportowym moim zdaniem słaba. Walki na torze było jak na lekarstwo za to upadków za wiele.
W Grand Prix jedzie się o pełną pulę, nikt nie odpuszcza. Upadki jakie widzieliśmy na Narodowym, na szczęście bez większych konsekwencji, wynikały ze stanu toru, który po kilku biegach nie był jednolity na całej swojej szerokości. Po prostu zaczął się rozsypywać, robiły się koleiny. Widzieliśmy duże umiejętności zawodników ratujących się przed upadkami. Nie wszystkim to się jednak udało.
Zdobycze punktowe zawodników odzwierciedlają formę prezentowaną przez nich na ligowych torach. Sam finał rządzi się swoimi prawami i w nim wszystko jest możliwe. W klasyfikacji generalnej prowadzi Fredrik Lindgren co nie jest żadnym zaskoczeniem. Szwed w lidze prezentuje się wybornie. Australijczyk Jason Doyle pojechał na poziomie ligowym czyli jak na Mistrza przeciętnie, że nie napiszę słabo. Jedynie Duńczyk Nicki Pedersen wypadł gorzej niż się tego spodziewałem ale jego usprawiedliwia kontuzja z jaką się ostatnio boryka.
Początek mistrzowskiej rywalizacji udany dla Polaków. Patryk Dudek, Maciej Janowski i Bartosz Zmarzlik po zakończeniu ubiegłorocznej rywalizacji w pierwszej ósemce nadal w niej pozostają dając nam nadzieje, że mogą się liczyć w walce o najwyższe cele. Fantastycznie jadący w dwóch pierwszych swoich biegach Krzysztof Kasprzak „zgasł” po upadku w trzecim starcie. Ja się temu nie dziwię, bo wypadek wyglądał koszmarnie. Frycowe zapłacił debiutujący w cyklu Przemysław Pawlicki.
Na razie niespodzianek brak i wszystko jeszcze może się zdarzyć...

