Wychowanek gorzowskiego klubu, Bartosz Zmarzlik w swoim debiucie, jako stały uczestnik cyklu Grand Prix, wywalczył brązowy medal IMŚ. Na specjalnie zorganizowanej konferencji prasowej 21 - latek odpowiadał na pytania dziennikarzy.
Jakie to uczucie być drugim wicemistrzem świata?
Bartosz Zmarzlik: Na pewno fajnie, że praca nie idzie na marne. W tym sezonie udowodniliśmy razem z całym teamem, że to co robimy idzie w dobrym kierunku. Chcemy dalej pracować na jak najlepszy wynik i osiągnięcia, ale zdaję sobie sprawę z tego, że teraz będę miał jeszcze ciężej, bo każdy dużo wymaga ode mnie i już słyszę, że wszystko poniżej trzeciego będzie tragedia, więc muszę wziąć się do roboty. Przede wszystkim chcę bawić się speedway’em. Chcę, żeby dalej wychodziło to, jak teraz, że robię to ze spokojem i uśmiechem na twarzy, bo wtedy myślę jest najprzyjemniej.
Było 11 turniejów, a który był dla Ciebie taki przełomowy?
Myślę, że przełomowe było Grand Prix w Cardiff, gdzie byłem trzeci i znowu uwierzyłem, że mogę dojść do finałów, stanąć na podium, więc to dało mi takiego kopa. Gdy startowałem tutaj w Gorzowie z dziką kartą i dostawałem się do półfinałów i finałów i gdy wygrałem w 2014 to pamiętam, że po tej wygranej wszystko było łatwiejsze, na co nie siadałem to jechało mi się dobrze, potrafiłem ze wszystkimi wygrywać biegi. Myślę, że to po prostu psychicznie daje kopa, że nie jesteś gorszy. Myślę, że po Cardiff też był taki przełom, że coś ruszyło, uwierzyłem w siebie, w silniki, w cały team, że jest coraz lepiej i musimy pracować dalej, żeby ten wynik nie był gorszy i faktycznie po tym Grand Prix w Cardiff te zdobycze punktowe nie były mniejsze niż 10 punktów. W Grand Prix o to najbardziej chodzi, żeby może nie wygrywać, wiadomo fajnie jest wygrywać, ale zdobywać jak największą liczbę punktów i to daje ten efekt końcowy.
Wcześniejsze starty w Grand Prix z “dziką kartą” pomogły ci w jakimś stopniu?
Myślę, że w jakimś stopniu na pewno to pomogło, bo samo przygotowanie, ta otoczka, ciśnienie, które występuję w Grand Prix, a szczególnie w Grand Prix w Gorzowie odczuwałem, że te ciśnienie było duże, bo każdy chciał, żeby było jak najlepiej, ale w miarę próbowałem sobie z tym radzić i potem było mi nieco łatwiej.
Do turnieju w Pradze traciłeś punkty, potem już nie popełniałeś błędów…
Musiałem zrozumieć, że turniej nie kończy się na jednym wyścigu, że ma ich pięć i muszę zdobywać jak najwięcej punktów, a ja chciałem wszystko zgarniać w jednym biegu, a tak nie da się. Po kilku turniejach można było zauważyć po mnie, ze trochę uspokoiłem się, zawsze chciałem dowieźć punktowaną pozycję i to było dla mnie najważniejsze, żeby tych punktów najpierw wystarczyło do półfinałów. Jak awansowałem do półfinałów jako 6 - 7 to podniosłem sobie poprzeczkę, żeby wchodzić do półfinałów jako zawodnik z pierwszej czwórki, ponieważ można wybierać sobie lepsze pola. Myślę, że ten sezon wiele mnie nauczył. Każdy wiele uczy, ale przebywanie w takim gronie, jak w Grand Prix to naprawdę sporo można nauczyć się i wywnioskować po takim sezonie, ponieważ już wiemy co musimy poprawić, nad czym bardziej skupić się. Będziemy dalej pracować.
To teraz nad czym musisz skupić się najbardziej?
To są takie nasze wewnętrzne sprawy, pomysły, więc nigdy za dużo nie chciałem mówić i niech tak zostanie. To są spostrzeżenia moje i teamu, wiemy w którą stronę mniej więcej chcielibyśmy iść.
Spodziewałeś się, że w Australii będziesz musiał zaliczyć najlepszy punktowo turniej, żeby stanąć na podium?
Przed turniejem wszyscy mówili, że 11 punktów na pewno wystarczy, a jak okazuje się dzisiaj 11 punktów nie wystarczyłoby. Po treningu byłem w miarę zadowolony. Ciśnienie zeszło ze mnie całkowicie po pierwszym biegu, bo wiem, że pierwszy bieg jest zawsze bardzo ważny, ponieważ później lżej jedzie się. Fajnie mi tam wszystko pasowało - tor i obiekt. Chyba najfajniejszy obiekt z tych wszystkich torów jednodniowych, ponieważ było tam naprawdę bardzo dużo miejsca i ten tor był jeszcze dłuższy niż nawet w Gorzowie, więc jak na sztuczny tor to super do walki i turniej ciekawy do ostatniego wyścigu.
Rok temu miałeś okazję być na zawodach w Melbourne. Zapoznałeś się wówczas z tym obiektem?
Tak, ale co mi to dało, że ja sobie spojrzałem. Geometrię musiałem poznać na treningu. Na pierwszych dwóch zjazdach czułem się trochę sztywno, ale później już mi trochę puściło, dograliśmy sprzęt, a na drugi dzień i tak musieliśmy dopasować w motocyklach cos innego, bo tor był bardziej twardy na zawodach niż na treningu, więc musieliśmy to wszystko poprzestawiać, ale wiedzieliśmy mniej więcej w którą stronę.
W większości turniejów zaczynałeś starty od tych gorszych, zewnętrznych pól startowych, a w Australii było odwrotnie zaczynałeś od wewnętrznych pól i to skutkowało dwoma zwycięstwami. Co jest powodem, że w pierwszej fazie zawodów ciężej startuje się z tych zewnętrznych pól?
W pierwszych czterech biegach, jak jedzie się z pola trzeciego lub czwartego to jest mała szansa, ponieważ musi być atomowy start, a wiadomo w Grand Prix każdy chce mieć atomowy start i te różnice między nami są bardzo małe. Wszyscy chcą jechać do krawężnika, bo tam jeszcze nie jest wyślizgane i wiadomo, że jak jest po małej i po dużej ta sama nawierzchnia to szybciej jedzie się tam, gdzie jest krócej, czyli po małej, więc wszyscy pchają się tam i można mieć dobry start, a z wyjścia z łuku można wyjechać czwartym. W tym roku nie miałem szczęścia do pól startowych, bo cały czas 3 - 4, ale potem przyzwyczaiłem się już do tego i musiałem sobie z tym radzić.
Co poczułeś w momencie, gdy zobaczyłeś, że niby defektuje Greg Hancock i wyprzedza go Chris Holder?
To nie była moja sprawa. Nie chciałem się tym w ogóle zajmować. Skupiliśmy się na sobie. Z naszej strony nie było żadnego protestu, bo to nie była nasza sprawa.
Mocno różnią się tory jednodniowe od tych stałych?
Na pewno nie rozumiałem ich na początku i to było dość skomplikowane dla mnie. Mieliśmy odłożone dwa silniki, które niewiadomo dlaczego bardziej pasowały na te sztuczne tory. W miarę szybko ogarnęliśmy to z chłopakami. Jest troszeczkę inaczej, ale trzeba było sobie radzić.
Planujesz jakiś dłuższy odpoczynek, czy teraz w głównej mierze motocross?
Właśnie przyjechałem prosto z crossa i byłem strasznie zły, bo fajnie jechało mi się. Byłem nieco zniesmaczony, mama widziała, że jestem zły, zapytała dlaczego jestem zły, a ja “bo mi zabrali zabawki i muszę jechać” (śmiech - dop. red.), ale jutro sobie to odbiję. Cały czas teraz będę jeździł na crossie, bo stęskniłem się za tym. Lubię jeździć na motocyklach bez względu jakie to są. Mam jeszcze trzy tygodnie takie luźniejsze, a od końca listopada chcę zacząć przygotowania takie, jak co roku.
Czyli wakacje w egzotycznych krajach nie wchodzą w grę?
Myślałem o tym, ale na razie nie chcę patrzeć na samolot po Australii.
Jak radziłeś sobie fizycznie w tym sezonie, bo miałeś zdecydowanie więcej zawodów w stosunku do poprzednich lat?
Odpuściłem parę imprez młodzieżowych i suma sumarum tych imprez, plus minus, wyszło tyle samo. Byłem przygotowany. Ja mogę jeździć codziennie, aby tylko silniki wytrzymywały.
Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Jakie są twoje plany na przyszły sezon na arenach Grand Prix?
Wciąż będę powtarzał, że marzeniem jest pierwsza ósemka, ponieważ nie chcę wystrzelić tylko w jednym roku i być tylko w pierwszym roku top. Marzy mi się, żeby utrzymywać się w tym elitarnym gronie, w pierwszej ósemce przez kilkanaście lat - to jest dla mnie największym marzeniem, aby najdłużej jeździć, jak ci wielcy zawodnicy czy Nicki Pedersen, czy Greg Hancock, którzy są stałymi bywalcami w tym cyklu.
Przez cały sezon podkreślałeś, że twoim celem w Grand Prix jest utrzymać się w pierwszej ósemce, a kiedy zorientowałeś się, że medal jest w twoim zasięgu?
Jak zaczęliście o tym więcej pisać (śmiech - dop. red.), wtedy pomyślałem jest blisko. Wszystkim wydawało się, że pięć czy siedem punktów to jest mało, a tak naprawdę, żeby dogonić, a jeszcze wyprzedzić jest mega trudno. Z turnieju na turniej powtarzałem sobie, żeby utrzymać się w tej pierwszej ósemce, żeby nie wywierać presji na sobie. Jakby ktoś powiedział mi przed sezonem, że będę trzeci, to nie uwierzyłbym, a jednak jestem trzeci z czego bardzo cieszę się i jest to spełnione jedno z moich marzeń, ale na pewno nie to najważniejsze. Pracujemy dalej, będziemy walczyć dalej.
Twój brat, Paweł powiedział ci przed półfinałem, że drugie miejsce daje medal?
Paweł dużo biega i mówi mi dużo, to jest mój brat i mamy dobre relacje. Chciałbym mu podziękować, bo dużo słyszałem, że musze wziąć managera przed tym sezonem, żeby poradzić sobie w Grand Prix, a Paweł powiedział mi “spoko, ja ci ogarnę” i tak też było. Pierwszy rok odczułem, że mnie tak naprawdę nic nie interesowało. Mama z Pawłem przygotowywali wszystko logistycznie, ja miałem tylko robić dobrą robotę na torze, a to jest na pewno komfort psychiczny. Dziękuję mu za to, bo podołał, sprawdził się w 100%.
“Dzikie karty” na przyszły rok zostały już przyznane. Uważasz, że przyszłoroczna obsada Grand Prix jest jeszcze silniejsza?
Z tego co słyszę, to co roku mówi się, że jest silniejsza. Sezon pokaże.
Jak radziłeś sobie z tym “szumem medialnym” wokół twojej osoby, który pojawił się przed turniejem w Australii?
Musiałem. Ja nie czytam, ale dochodziły do mnie te myśli, bo wiedziałem, że miałem medal na wyciągnięcie ręki. W Australii codziennie biegałem ze słuchawkami na uszach i tak marzyłem sobie, bo była fajna zatoka, ładne miejsca. Powtarzałem sobie ciągle, że nic nie muszę, a mogę. Tak jest i tak będzie zawsze, bo ja mam cieszyć się żużlem, spełniać się w nim, bo kocham ścigać się na motocyklach i strasznie mnie to jara.
Denerwowała Cię telewizja w samolocie podczas lotu?
Tak, bo nawet nagrywali mnie jak spałem, więc było to trochę krępujące. Nawet ludzie patrzyli o co chodzi, więc “buraka” nie raz puściłem, ale widocznie tak musiało być.
Przed Tobą różnego rodzaju plebiscyty - Gazety Lubuskiej czy Przeglądu Sportowego. Jak traktujesz takie plebiscyty i czego spodziewasz się po nich?
Nie wiem. Szczerze mówiąc, jak zostanę nominowany to bardzo mi miło i proszę wszystkich abyście głosowali, ale są dużo lepsi sportowcy ode mnie, znam swoje miejsce w szeregu.
Źródło: inf. własna

