Na początku XXI wieku w środowisku polskiego żużla toczyła się prawdziwa wojna. Media huczały od sensacyjnych doniesień dotyczących członków Prezydium Głównej Komisji Sportu Żużlowego. W centrum tych wydarzeń znalazł się ówczesny Przewodniczący Kolegium Sędziów. Tylko dla SPEEDWAY.info.pl Jerzy Kaczmarek zgodził się opowiedzieć o swojej karierze oraz o powodach i mechanizmach, które doprowadziły do żużlowego kryzysu a jego samego na sale sądowe.
Kiedy i jak zaczęła się pańska przygoda ze sportem żużlowym?
- Moja przygoda ze sportem żużlowym rozpoczęła się od zapychania motocykli w Unii Leszno, której to byłem członkiem. W klubie tym uprawiałem lekkoatletykę i jako junior w biegach na 800 i 1500 metrów miałem nawet przyzwoite wyniki. Niestety na początku lat 60-tych Unia z powodu kłopotów finansowych zlikwidowała sekcję lekkoatletyczną. W maju 1967 roku mój młodszy brat Wojciech uzyskał licencję Ż a od początku sezonu 1973 za moją namową przyniósł się do Startu Gniezno gdzie zajmowałem się sprawami technicznymi, a później zostałem kierownikiem drużyny.
Jak wyglądała pańska droga do funkcji Przewodniczącego Kolegium Sędziów Żużlowych?
- Podczas naboru na sędziów żużlowych zostałem zgłoszony przez Start Gniezno do stażu. Zdałem egzamin i przy aprobacie GKSŻ a jej Przewodniczącym był wówczas magister Andrzej Grodzki rozpocząłem sędziowanie zawodów. Kiedy trafiała się trudna do oceny sytuacja na torze zawsze kierowałem się zasadą, którą usłyszałem od Przewodniczącego Grodzkiego czyli „Tak jak jest napisane w książce” tzn. Regulaminie. Tak też starałem się postępować podczas całej swojej sędziowskiej kariery. W latach 80-tych trenerem młodzieżowej kadry Polski był Marian Spychała, który mając rozliczne europejskie kontakty sportowe miedzy innymi z Duńczykami, Szwedami oraz Niemcami organizował czwórmecze szkoleniowe z wyżej wymienionymi. Część z tych turniejów odbywała się na obiektach Olimpii Poznań. Pomagając organizacyjnie Marianowi Spychale poznałem trenerów oraz managerów zagranicznych drużyn co później okazało się bardzo przydatne. Wiosną 1989 roku na Turniej Targowy w Poznaniu organizowany przy mojej inicjatywie zaproszony został Indywidualny Mistrz Świata Duńczyk Hans Nielsen z którym nota bene łączyły mnie dobre osobiste relacje. W tym czasie wiedziałem już, że w 1990 roku zagraniczni zawodnicy będą mogli startować w rozgrywkach o DMP. Działacze Motoru Lublin, po awansie zespołu do I ligi, znając moje koneksje z managerem duńskiej federacji żużlowej Tage B. Nielsenem poprosili o wytypowanie zawodników gotowych wzmocnić ich drużynę. Wraz z Marianem Spychałą udaliśmy się na spotkanie z Tage B. Nielsenem do duńskiego Esbjerg. Po powrocie do kraju poinformowałem telefonicznie kierownika lubelskiej sekcji żużlowej Tadeusza Supryna o możliwości zakontraktowania Hansa Nielsena do ich drużyny. Informacja ta okazała się szokiem dla działacza Motoru Lublin, który po jej usłyszeniu po prostu zaniemówił. Po finalizacji rozmów okazało się jednak, że w Prima Aprilis 1990 roku ówczesny Indywidualny Mistrz Świata zaczął zdobywać punkty dla lublinian co było prawdziwą sensacją na skalę całego kraju. Moment przyjazdu Hansa Nielsena do Lublina oraz jego niemalże każdy krok był dokumentowany przez znanego dziennikarza telewizyjnego Michała Bunio.
W jakich okolicznościach objął Pan funkcję Przewodniczącego Kolegium Sędziów?
- Przewodniczącym Kolegium Sędziów zostałem po wyborze nowej GKSŻ i nowego Przewodniczącego pod koniec roku 2003, tuż po zakończeniu mojej przygody z wieżyczką sędziowską. Tym samym zostałem wybrany na członka Prezydium GKSŻ. W owym czasie GKSŻ składała się z przedstawicieli klubów wszystkich szczebli rozgrywek centralnych oraz Prezydium GKSŻ, które składało się z siedmiu członków.
W okresie sprawowania funkcji Przewodniczącego Kolegium Sędziów zaczęła narastać fala krytyki wobec władz żużlowych a także sędziów. Jak Pan oceniał to zjawisko?
- Większość z członków Prezydium GKSŻ miała bardzo skromne doświadczenie w działalności żużlowej. Czułem się wśród nich jak „dinozaur”. Przewodniczącym Komisji i Prezydium GKSŻ został Marek Karwan ówczesny Prezes Apator Adriany Toruń, którego największym błędem było dalsze prezesowanie toruńskim Aniołom. Nowy Przewodniczący nie miał zbyt wiele czasu dla GKSŻ ponieważ był też Prezesem Firmy „Adriana”. Taki stan rzeczy powodował, iż wykonywałem wiele dodatkowych zadań. W listopadzie 2003 roku napisałem Regulaminy Mistrzostw Polski i Nagród PZM oraz Kalendarz Sportu Żużlowego na sezon 2004, co postrzegam teraz jako mój błąd, ponieważ prace te nie należały do moich obowiązków. Zrobiłem to jednak ponieważ nikt z pozostałych członków Prezydium nie potrafił przygotować tych niezbędnych dokumentów, co mogło skutkować rozwiązaniem nowo wybranego Prezydium. Następnym moim błędem było proponowanie decyzji w zastępstwie innych członków Prezydium GKSŻ w takich sprawach jak dyscyplinarne, kadrowe i wiele innych. Stąd zapewne pojawiła się i zaczęła narastać opinia w środowisku żużlowym, że się „panoszę” w Prezydium. Robiłem to jednak, aby nie dopuścić do kompromitacji Prezydium. Późną wiosną 2004 roku ówczesny wiceprezes PZMot Andrzej Grodzki w swoim gabinecie w cztery oczy powiedział mi „Jurek przestań proponować i „podejmować” decyzje za całe Prezydium GKSŻ, bo zostaniesz znienawidzony przez środowisko żużlowe”. Niestety po pewnym czasie okazało się, że miał rację.
Co albo kto był głównym motorem krytyki i dlaczego?
- Ze względu na małe doświadczenie członków Prezydium i błędy, które były popełnione zaczęła tworzyć się opozycja inicjowana przez dwa kluby ówczesnej Ekstraklasy. Działacze tych dwóch klubów (w ubiegłej kadencji członkowie Prezydium GKSŻ), którzy nie znaleźli się w obecnym Prezydium, rozpoczęli totalną krytykę, w mojej opinii nie zawsze merytoryczną, na łamach Tygodnika Żużlowego. Celem ich działań było zdyskredytowanie prac Prezydium. Pozostawanie Przewodniczącego Prezydium Marka Karwana na stanowisku prezesa klubu z Torunia powodowało niezręczne sytuacje oraz konflikty, które przenosiły się forum GKSŻ.
Kiedy ostrze krytyki zwróciło się przeciwko Panu?
- Stało się to podczas rozpatrywania na forum GKSŻ jednego z wniosków dotyczącego spotkania ligowego w Toruniu. Piotr Protasiewicz wówczas zawodnik Apatora Toruń najechał tylnym kołem na białą linię okalającą tor co jak wiadomo jest zgodne z regulaminem. Sędzia prawidłowo zaliczył więc kolejność biegu nie wykluczając zawodnika gospodarzy. Na posiedzeniu GKSŻ działacze jednego z dwóch nadmienionych wyżej ośrodków zgłosili wniosek pod głosowanie nad zmianą wyniku meczu, przy równoczesnym wykluczeniu z opisanego biegu Protasiewicza. Przewodniczący Karwan przyjął ten wniosek pod głosowanie stając się tym samym sędzią we własnej sprawie co było ewidentnym złamaniem regulaminu. Na znak protestu opuściłem wówczas salę a wniosek pod moją nieobecność nie mógł być głosowany, ponieważ brakowało wymaganej liczby członków GKSŻ. Przeprowadzenie głosowania mogłoby spowodować postawienie Prezydium GKSŻ przed Trybunałem PZMot. Moje zachowanie w tej sprawie wywołało ogromną wściekłość opozycji coraz silniej atakującej działania Prezydium. Jak mi po latach wiadomo działacze opozycyjnych dwóch klubów Ekstraklasy oraz działacze w innych klubach zaczęli dość intensywnie szukać na moją osobę kompromitujących faktów. Zaciekłość w tych działaniach była do tego stopnia, że kontaktowali się nawet z klubami mini-żużla.
Jakie zarzuty wobec Pana były formułowane i jaki był wg Pana ich cel?
- Jako że powyższe działania nie przyniosły oczekiwanych rezultatów posunięto się do przestępstwa podrabiając mój rachunek za rzekomą weryfikację toru w Lublinie. Te działania miały na celu wyeliminowanie mnie z członkostwa w Prezydium GKSŻ i tym samym jej obalenia a w następstwie przejęcia władzy w polskim żużlu.
Z jakimi reakcjami środowiska żużlowego spotykał się Pan po tym oskarżeniu?
- Sprawa weryfikacji lubelskiego toru wywołała szok w środowisku żużlowym, bo jak wiadomo najważniejsza jest pierwsza informacja. Późniejsze sprostowania czy nawet wyroki sądowe jak w moim przypadku nie robią już takiego wrażenia. Na moje szczęście pod koniec lipca 2004 spotkałem się z Prezesem PZM Andrzejem Witkowskim, który uwierzył w moje wyjaśnienia i wraz ze swoim zastępcą Andrzejem Grodzkim pomogli w szybkiej weryfikacji autentyczności moich podpisów na rachunkach. Tylko miesiąc trwało przeprowadzenie badań grafologicznych w Polskim Towarzystwie Kryminalistycznym a jej wyniki potwierdziły sfałszowanie mojego podpisu pod rachunkiem w Lublinie. To była nieoceniona pomoc ze strony Prezesów PZMot oraz mecenasa Wojciecha Tomczyka. Sprawa została skierowana do wyjaśnienia w Prokuraturze w Lublinie gdzie zostałem całkowicie oczyszczony z zarzutów.
Kiedy postanowił Pan dać odpór oskarżeniom i rozpocząć walkę o swoje dobre imię?
- Wydawało się, że oczyszczenie mnie z zarzutów w tzw sprawie lubelskiej to koniec moich kłopotów. Niestety w kwietniu 2006 ukazały się artykuły w Przeglądzie Sportowym dotyczące mojej osoby w tym artykuł pod tytułem „Pieniądze z układu”. Do wcześniejszej opozycji dołączył były sędzia Stanisław Pieńkowski. Tygodnik Żużlowy wspierał Prezes klubu z Lublina Jarosław Siwek. Tego było już za dużo i wtedy postanowiłem się bronić.
Wobec kogo wystąpił Pan na drogę sądową? W jakich sprawach i z jakim skutkiem?
- Wystąpiłem na drogę sądową przeciwko gazetom: Przegląd Sportowy, Fakt, Tygodnik Żużlowy /TŻ/ oraz Stanisławowi Pieńkowskiemu i Jarosławowi Siwkowi. Sprawy sądowe przeciwko Przeglądowi Sportowemu /PS/ i Faktowi wygrałem a wyroki prawomocne zostały wykonane. Sprawę z Tygodnikiem Żużlowym przegrałem. Nie odwołałem się, ponieważ TŻ miał dowód w postaci zeznań Jarosława Siwka z Lublina. Przeciwko TŻ mogę wystąpić ponownie, ponieważ niedawno pozytywnie zakończyła się dla mnie sprawa przeciwko Jarosławowi Siwkowi. Sprawę przeciwko Stanisławowi Pieńkowskiemu przegrałem, ponieważ podczas rozprawy sądowej Pieńkowski wycofał się ze swoich słów a PS, w którym to ukazał się artykuł nie posiadał autoryzacji jego wypowiedzi. Procesy sądowe trwały 5 lat od końca 2006 roku do końca 2011. Sprawy wytoczone przeciwko Przeglądowi Sportowemu, Faktowi i Jarosławowi Siwkowi prowadziła kancelaria prawna Klafkowski & Jędrusek z Poznania, która okazała się bardzo skuteczna, natomiast przeciwko TŻ sprawę prowadziła kancelaria z Gorzowa Wlkp, o której nie mam najlepszego zdania. Od wyroków pierwszej instancji odwołania złożył Fakt i PS. Odwołania te zostały oddalone.
Wspomniał Pan o otwartej drodze do kolejnego powództwa. Czy skorzysta Pan z tej możliwości?
- Nie wiem. Sprawę zostawiłem sobie do dalszego przemyślenia.
Po latach sądowych zmagań odczuwa Pan ulgę, zmęczenie, satysfakcję?
- Na dzień dzisiejszy nie odczuwam specjalnej satysfakcji. W takiej sytuacji tzn gdy wylatujesz z „peletonu” wiadomo, że liczy się pierwszy news. Obecne, korzystne dla mnie rozstrzygnięcia sądowe nie mają już takiego „przebicia” w mediach a w pamięci wielu ludzi pozostają nadal sensacyjne i nieprawdziwe doniesienia sprzed lat.
Jaki jest pański kontakt z żużlem?
- Kontakty z żużlem zachowywałem poprzez PSŻ Poznań do czasu śmierci Prezesa Tomasza Wójtowicza i odejścia z kluby trenera Zbigniewa Jądera. Po śmierci Prezesa PSŻ kontakt słabł ze względu na zmieniające się osoby w kierownictwie klubu. Wypowiedzi niektórych nowych członków zarządu PSŻ były takie jak stan żużla w Poznaniu w ostatnim czasie dlatego postanowiłem się wycofać i obserwować sport żużlowy z drugiego rzędu.
Wspomniał Pan o swoich zasługach przy zakontraktowaniu Nielsena w Motorze Lublin. Jak by Pan zatem podsumował swoją karierę na niwie żużlowej. Co było pańskim największym sukcesem a co porażką?
- Zakontraktowanie Hansa Nielsena uważam za swój pierwszy sukces. W styczniu i lutym 1991 roku czołówka światowa przebywała w Australii na turniejach organizowanych przez Ivana Maugera. Start Nielsena w polskiej lidze był dla innych zagranicznych zawodników traktowany jak papierek lakmusowy i wielu z nich pytało o poziom organizacyjny oraz możliwość występów w lidze polskiej. Po pochlebnej opinii wystawionej przez Hansa on podawał zainteresowanym numer telefonu do mnie. W owym czasie często zdarzały się nocne telefony od zawodników przebywających w Australii z prośbą o pośrednictwo w zakontraktowaniu w polskiej lidze. Wielu zawodników wystartowało w naszej lidze w następnym sezonie i to także uważam za swój sukces. Porażką zakończył się kontrakt Jana O. Pedersena. Duńczyk za moim udziałem miał uzgodniony kontrakt na starty w Gorzowie. Umówiliśmy się na spotkanie w celu jego podpisania ale obie strony zapomniały przynieść uzgodniony w języku polskim i angielskim tekst kontraktu. Po wypiciu kawy omówiliśmy się na kolejne spotkanie. Do finalizacji kontraktu nigdy jednak nie doszło, bowiem w międzyczasie Jan Osvald Pedersen skuszony został obietnicą ogromnych jak na owe czasy pieniędzy do Rybnika. Drugą porażką była dla mnie sprawa klubu z Lublina z roku 2004. Pomimo pozytywnego wyroku sądowego całą sprawę uważam za porażkę.

