To już 65 lat...

smoczyk a„ Potężny ryk silników. Czterech jeźdźców nisko pochylonych jakby przyczajonych do skoku. Stoją nieruchomo. Czekają. Głowa obrócona w bok. Oczy utkwione w maszynie startowej. Jeszcze sekunda, dwie. Taśma w górę! Pędzą do wirażu. Suną bokiem, a tylne koła wyrzucają wysoko, w górę strugi czarnego pyłu...” Jednym z tej czwórki był Alfred Smoczyk. W tym roku mija 65 lat od śmierci pierwszego rycerza czarnego sportu.

 



Jak o Smoczyku zrobiło się głośno



Wrzesień 1946 roku. Na bieżni starego stadionu Sokoła w Lesznie odbywały się pierwsze zawody żużlowe. Startował w nich 18-letni Alfred Smoczyk. Nastolatek od razu dał się poznać jako utalentowany zawodnik. Motor, na którym startował to w dużej mierze jego dzieło. Doprowadził do stanu używalności starą, zdezelowaną maszynę. Wszystko własnymi rękami, lecz nigdy nie był zadowolony w pełni ze swojej pracy. Wyjmował części, ulepszał. Takie podejście doprowadziło młodego Alfreda Smoczyka na szczyt żużlowej sławy.

26 września 1948 roku odbył się pierwszy po wojnie międzypaństwowy mecz żużlowy. Przeciwnikiem polskich żużlowców była Czechosłowacja. Zawodnikom przechadzającym się po torze podczas prezentacji zespołów towarzyszyły gromkie oklaski, najgłośniej jednak słychać było okrzyki: „ Smo- czyk! Smo- czyk! ”. Choć widownia nie widziała jeszcze jeżdżącego Alfreda Smoczyka, już wtedy słyszała o tym zawodniku.

Niepozorny, szczupły. Zaledwie 167 cm wzrostu. Młodzieńcza twarz, jasne włosy. W tym ciele znajdował się talent i brawura, a do tego, co niespotykane w tak młodym wieku, bardzo dobra technika jazdy.

Biegi takie jak te w 1948 roku podczas meczu w Rotterdam z Feijenoord Tijgers na długo zapadają w pamięci.

„Alfred Smoczyk w swojej drugiej gonitwie jedzie za de Buefem i Jonkerem. Raptem objeżdża Holendrów szerokim łukiem. Smoczyk mija dwóch przeciwników za jednym zamachem, na ostatnim wirażu, tuż przed metą. Stadion huczy od braw. Sam zainteresowany siedzi spokojnie w boksie. Z umorusaną twarzą odbiera gratulacje od kolegów z drużyny, jak i od przeciwników. Alfred Smoczyk dziękuje, a na jego twarzy pojawia się zaledwie delikatny uśmiech.”




Jak wspiął się na szczyt żużlowego kunsztu



Ten delikatny uśmiech towarzyszył Wielkiemu Fredowi nieustannie. Już w 1947 r., mając zaledwie 20 lat, został wicemistrzem Polski w klasie motocykli do 250 cm3. Zachwycał nie tylko techniką jazdy, ale i dynamizmem. Jazda Smoczyka była widowiskowa i bawiła, przybywających na stadion coraz częściej, fanów. Alfred Smoczyk startował też w meczach ligowych, zdobywając wiele cennych punktów dla swojej drużyny, LKM-u Unii Leszno.
Świetne występy w barwach leszczyńskich Byków opłaciły się.  Dwudziestoletni Alfred Smoczyk otrzymał powołanie do reprezentacji Polski. Czy był za młody, niedoświadczony? Osiągane przez niego wyniki w pełni dowodziły, że nie ma podstaw by tak sądzić. Jak podają statystyki meczów z tamtych lat dzielił on i rządził nie tylko na krajowym podwórku,ale także był gwiazdą drużyny narodowej. Na holenderskich obiektach,  a Niderlandy uważane wtedy były za potęgę żużla, w licznych turniejach pokonywał wielu znakomitych zawodników. Na łamach „ Expressu Poznańskiego” ukazała się relacja z jednego z niezapomnianych zwycięstw Smoczyka na tamtym terenie:


Był to lipiec roku 1949. Stadion w Rijswijk przepełniony. Atmosfera raczej swobodna. Na trybunach słychać wesołe rozmowy. Widownia holenderska beztrosko oczekuje meczu Holandia - Polska, przekonana  o nie ulegającym wątpliwości zwycięstwie swych zawodników." Rozpoczyna się spotkanie. Dwa polskie i dwa holenderskie Japy stoją na linii startu. Czterech pochylonych na maszynach zawodników,  wpatrzonych w taśmę czeka... Nagle trzy pasemka ulatują w górę. Ruszyli! Nie, to niemożliwe! Przed dwoma złożonymi w wiraż Holendrami jest Polak. Na prostej trwa walka. Lecz Polak wchodzi znów pierwszy w wiraż. Przez kilka chwil wydaje się, że jednak miną go. Jednak olbrzymia fontanna żużlu powstrzymuje ich. I tak trwała walk, przez pełne trzy okrążenia. Polak zwyciężył. Z trybun padają w kierunku spikera głośne pytania: jak się nazywa zwycięzca? Podać nazwisko!" Chwila ciszy, a potem spiker ogłasza: "Zwyciężył Smoczik - Polska, przed..." i stadion zahuczał brawami.

 

 

W 1949 r.  w rodzinnym Lesznie Smoczyk kończył sezon zdobyciem tytułu mistrza Polski. Triumfy Polaka, zwycięstwa nad renomowanymi przeciwnikami były wtedy znane na całym świecie. Oficjalny organ FICM sklasyfikował go wśród najlepszych żużlowców Europy. 
 


W 1950 r. powołany do wojska przeniósł się na jakiś czas z rodzinnego Leszna do stolicy i rozpoczął starty w barwach CWKS-u Warszawa.
17 września zwyciężył po raz kolejny w Ostrowie Wielkopolskim w wyścigach o Srebrny Łańcuch. Ustanowił rekord toru.
Niecałe dwa tygodnie później okazało się, że to było ostatnie zwycięstwo i ostatni rekord Alfreda Smoczyka.

 


Jak zakończył się piękny sen

 


„26 września 1950 roku. Trasa Gostyń-Leszno. Szosą mknie czerwona Jawa. Dwie sylwetki na motorze pochylają się coraz bardziej do przodu. 100...110 km/h. Motor mknie coraz szybciej. Za sterem Alfred, który doskonale zna swoją maszynę; panuje nad nią. Upaja się szybkością, oporem jaki stawia wiatr. Ruch dłonią i Jawa osiąga maksymalną prędkość – 120 km/h.  Las Kąkolewski. Za siedem minut Smoczyk będzie w domu.  Przed nim długi łuk w prawo, który zresztą zna doskonale. Pochyla maszynę, tak jak robi to co zawody. Czerwona Jawa jest nienaturalnie ciężka. Siła odśrodkowa znosi Smoczyka na zewnątrz. Zbliża się pobocze; inny grunt i inna przyczepność. Żużlowiec stara się jeszcze opanować motor. Wyrównuje i przed jego oczami ukazuje się drzewo. Szybka myśl. Ominąć! Ruch kierownicą... Trzask gniecionego żelaza, głuche uderzenie o pień. Rycerz czarnego sportu przegrał swój wyścig”.



 

 

Alfred Smoczyk zginął w wieku 22 lat. Jego historia jednak nie zakończyła się tego feralnego wrześniowego wieczoru. Rok później, w październiku na leszczyńskim stadionie, który od 1953 roku nosi jego imię, sędzia zawodów po raz pierwszy wręczył puchar zwycięzcy memoriału Alfreda Smoczyka. Puchar ten wręczany jest do dzisiaj. A sam Smoczyk co niedzielę wita delikatnym uśmiechem wyrytym w brązie przybyłych na zawody fanów leszczyńskiej Unii.

 

 

 źródło:  książka "Czarny sport" A. Martynkin + inf. własna

Aleksandra Jankowska

20

Dziękujemy, że jesteście z nami!