Pierwszego czerwca, na Stadionie im. Alfreda Smoczyka w Lesznie, wysokie zwycięstwo odniosły tarnowskie Jaskółki. Jak jeździ się na leszczyńskim owalu nie zapomniał Janusz Kołodziej, który znalazł chwilę na rozmowę dla naszego wortalu.
Oglądając dzisiejsze zawody z trybun, można było pokusić się o stwierdzenie, że tor był przygotowany dla gości. Już w pierwszym biegu odnieśliście zwycięstwo. Czy rzeczywiście było tak łatwo dopasować się do leszczyńskiego toru?
Na początku się trochę gubiłem bo było akurat tak twardo, że aż nietypowo jak na Leszno. Ja zaczynałem z przełożeniami jak na przyczepny tor i akurat wyszło tak, że udało mi się dowieźć te punkty ale byłem totalnie źle przełożony. Kolejna sytuacja jest taka, że może gospodarze lekko zamieszali się z niektórymi przełożeniami po Gdańsku albo coś nie do końca dobrze zrobili bo widać było, że dzisiaj nie czuli się najlepiej na tym torze. Nasza drużyna akurat w drugą stronę. My mamy ten komfort, że od początku sezonu bardziej nam te mecze wychodzą. Dlatego też możemy się pokusić o jazdę parą i o różne inne rozwiązania. Natomiast jak są potrzebne punkty to wtedy czasami wchodzi taka nerwówka i niepotrzebne zamieszanie.
Mimo, iż zespół tarnowskiej Unii nigdzie nie obnosi się z tym, że mają ten wymarzony „Team Spirit” w drużynie, można go w waszej ekipie zauważyć. Panuje u was spokój, dobra atmosfera, każdy służy sobie dobrą radą. W Lesznie chyba tego brakuje. Sam byłeś świadkiem dzisiejszych wydarzeń do jakich doszło w szeregach leszczyńskiej Unii.
Przypuszczam, że w zeszłym roku w naszej drużynie byłoby podobnie, ponieważ zeszły sezon też nam się jakoś idealnie nie układał, raz było lepiej, raz było gorzej. Nerwówka tez się pojawiała i wychodziły różne kłótnie czy inne sytuacje. To zawsze tak jest, że jak wszystko idzie to wszystko jest cacy. Kibice zadowoleni, ludzie z klubu i działacze. Natomiast jak się noga powinie i człowiek oczekuje trochę lepszego wyniku, a nie do końca uda się go zdobyć to wtedy jest takie rozczarowanie i część ludzi jest zła. To wszystko udziela się na atmosferę.
Przechodząc do Twoich występów indywidualnych. Między innymi dziewiątego czerwca będziesz brał udział w turnieju SEC Challenge w Debreczynie walcząc o awans do walki o tytuł Indywidualnego Mistrza Europy. Pamiętasz węgierski tor z jakichś zawodów?
Szczerze mówiąc to o tym nie myślę. Jak dojadę na miejsce do się dowiem czy ja w ogóle kiedyś byłem na tym torze ale z tego co pamiętam to chyba byłem. W tym roku staram się nie robić jakiejś większej spinki czy denerwować się różnymi rzeczami. Staram się podchodzić do każdych zawodów normalnie i podobnie. Nie rozpatruję czy to jest liga, zawody indywidualne czy jeszcze jakieś inne. Po prostu staram się jechać w pełni, cały czas tak samo jak się oczywiście da. Wiadomo np. porównując do dzisiejszych zawodów to pewnie nie były ona moje najlepsze ale generalnie mecz nie był taki najłatwiejszy. Ale raz się wygrywa raz się przegrywa. Takie jest życie.
Rok temu, po Memoriale Alfreda Smoczyka, kiedy jeszcze oczekiwałeś przyjścia na świat swojej córeczki Kai, powiedziałeś podczas wywiadu, że przed Tobą najtrudniejsza rola w życiu. Jak się w niej odnajdujesz?
Bardziej w tej sprawie by się musiała żona wypowiedzieć albo dziecko jak będzie już mówiło. W każdym bądź razie ja czuję się bardzo dobrze. Tak naprawdę teraz bardzo tęsknię za żoną i córeczką. W sumie nie widziałem ich dwa dni. Nawet taka rozłąka dla mnie wydaje się bardzo długa. Żona przesyła mi zdjęcia ale to nie to samo. Dziecko to jest super sprawa. Nie mogłem się doczekać tego dnia kiedy zostanę tatą i będę mógł sprawdzić się w tej roli. Na razie jest za wcześnie bo minęło nie wiele czasu. Nasza mała jest naprawdę bardzo malutka. Niewiele ma tych miesięcy. Później jak podrośnie, będzie chodzić to wtedy się okaże jakim jestem tatą.
Teraz, gdy w domu czekają na Ciebie już dwie ukochane kobiety, a nie jedna, to starasz się być na torze bardziej ostrożny? Czy zakładając kask o tym nie myślisz?
Na pewno bardziej mi to pomaga niż miałoby mi to przeszkadzać. Człowiek żeby się w życiu spełnić potrzebuje wielu rzeczy osiągnąć. Rodzina, jakby to nazwać, to jest jedno z moich najważniejszych osiągnięć. I bardzo się z tego cieszę. Po to się moim zdaniem żyje. Sport sportem – życie życiem. Jeśli nie będziemy do końca spełnieni w życiu normalnym, takim na co dzień, albo sportowo, to w żadnym z nich nie będzie dobrze. Mi o to chodziło i ja się z tego faktu bardzo cieszę.
Dziękuję za rozmowę i życzę powodzenia.
Dziękuję i pozdrawiam.
Źródło: inf. własna

